Fairant on tour: Kabel

*U SIEBIE GRAJ JAK U SIEBIE…

(Cykl humorystycznych wpisów Szymona Nawrockiego relacjonującego kibicowskie wyjazdy Fairanta w Klasie B)

Po zwycięstwie u siebie i kompromitacji w Skale, przyszedł czas na to, czym od paru dni żyje cały piłkarski Kraków, a więc GRAN DERBI KRAKOWA na najniższym szczeblu ligowym.

Z racji tego, że mecz odbywa się na obiekcie Korony, na miejsce zbiórki wybieramy Rynek Główny, by jak to w zwyczaju mają kluby piłkarskie, pokazać kto rządzi w mieście. Na zbiórce meldujemy się ja i Mateusz. Jest nas dwóch pewnie dlatego, że nikomu o tej zbiórce nie powiedzieliśmy. Nikomu, łącznie z funkcjonariuszami, którzy mogliby nas bezpiecznie i bez postojów eskortować na obiekt lokalnego rywala.

To właśnie brak niebieskich sprawia, że nikt nie powstrzymuje nas przed ugaszeniem pragnienia oraz zabiciem głodu, przez co na stadionie pojawiamy się dopiero, równo z pierwszym gwizdkiem sędziego.

Na stadionie zastajemy dwa sektory, szczelnie wypełnione Kumplami Fairanta, w liczbie około 70-ciu głów. Na trybunie, zasiadają z nami również nie powołani do kadry meczowej piłkarze naszej drużyny, oraz ci, którzy jak nasz boczny obrońca, leczą kontuzję górnych dróg oddechowych. Nie mniej, wnikliwie analizując odzew na przyśpiewkę “młyna” gospodarzy, składającego się z 4 młodziaków, “kto nie skacze ten z Fairanta”, to śmiało można powiedzieć, że na tym meczu kibicami Fairancika byli wszyscy -3. Tak, -3, bo jeden z młyna nie skakał…

Kibicowsko w mecz weszliśmy, podobnie jak nasi piłkarze – około 10 minuty – przy stanie 2:0 dla Kabla. To wtedy rozpoczęliśmy spontaniczne “Hej Fairant gol”, pojawiły się długo nie słyszane “Literki” a także “Hej Fairanciku”. Doping dodaje naszym piłkarzom skrzydeł (producencie energetyku – to jest miejsce na Twoją reklamę) i jeszcze przed przerwą łapiemy kontakt, z myślą o tym by w drugiej połowie wyrwać go razem z Kablem.

W drugiej połowie przepijamy – nie tylko piwem – jeszcze gorsze suchary niż ten powyżej i kontynuujemy doping. Niestety, Kabel ustala wynik spotkania na 3:1 i już do końca kontruluje grę. Zwieńczeniem spotkania jest prezentacja okazałego, dwuracowego piro (wiadomo, trzeba dbać o budżet). W odpowiedzi, młyn Kabla detonuje 2 petardy typu korsarz, które przez nieco bardziej gorące głowy w naszym młynie, odbierane są jako deklarację wojny. My jednak jesteśmy nastawieni pokojowo i dochodzi jedynie do starcia wokalnego. Podobno, w naszą stronę leciały jeszcze prowokacje (“Coście tak cicho”), no ale tego nie słyszeliśmy…

Po meczu, mimo niekorzystnego wyniku, nasza drużyna podchodzi do (żywo)płotu i dziękujemy sobie za wspólny mecz, następnie odśpiewujemy wspólnie “Hej Fairanciku”, co niewątpliwie robi wrażenie na sympatykach Kabla.

Jeżeli chodzi o wydarzenia boiskowe, to nasi piłkarze przespali pierwsze 10 minut, co skutkowało utratą dwóch bramek. Ponownie wkradło się dużo nerwowości przy graniu do przodu, a także zanotowaliśmy parę niepotrzebnych strat i zagrań na od**dol. Dodać jednak trzeba, że przeciwnik wykazywał się ponadprzeciętną dokładnością przerzutów piłki na drugą stronę boiska, zmuszając nas tym samym do biegania, a jak wiemy nikt nie lubi biegać 90 minut. Nie mniej ten meczy był do wygrania – zresztą, jak każdy przegrany.

Miejmy nadzieje, że na kolejne, niedzielne spotkanie z rezerwami Clepardii, zespół zagra nieco odważniej z przodu i wyjdzie w pełni skupiony na plac gry.

Na tym spotkaniu oczywiście wypatrujcie naszej flagi, przyjdźcie i przekonajcie się ile prawdy jest w tym co tutaj czytacie. 🙂

*Tytuł zasłyszany na trybunie w czasie spotkania.