Fairant on tour: ZKP Zakopane

autor: Michał Cierniak

Zaczęło się dobrze. Gdzieś na wysokości Pcimia Fairantowa ekipa jadąc dwoma osobnymi pojazdami spotkała się na drodze. Szaliki na podszybiu, pieśń na ustach – jedziemy po zwycięstwo! Czy faktycznie zwycięstwo się dokonało – zapraszamy na skrótowy opis sobotniego meczu.

Na miejscu przybyliśmy ze sporym wyprzedzeniem, bo około 90 minut przed planowanym pierwszym gwizdkiem. Wtedy na przekór naszym nastrojom zaczęły docierać pierwsze niepokojące sygnały. Po pierwsze jak zwykle ktoś zapomniał spodenek, a ktoś ochraniaczy.


Po drugie okazało się, że w Zakopanem panują iście narciarskie warunki. Około 20 centymetrów śniegu, temperatura lekko na minusie. W sumie to nic dziwnego, to typowe Podhale początkiem marca. Zaskoczyła nas jedynie szatnia, która okazała się nieco większym namiotem.

Po trzecie, na spotkanie nie dotarli wyznaczeni sędziowie. To jednak nie wpłynęło na dalsze losy meczu, ponieważ obie drużyny bardzo dyplomatycznie rozstrzygały sporne kwestie. Obopólną zgodą ustalono, że mecz będzie grany przez trzy tercje po 30 minut.


Zaczęliśmy więc spotkanie. Czwartą, złą wiadomością było pierwsze wrażenie, które wywarli nasi sparingpartnerzy. Okazali się być drużyną bardzo sprawną fizycznie, biegowo, a także technicznie. Właśnie z uwagi na powyższe spotkanie od początku toczyło się pod ich dyktando. Nasza obrona w pierwszych minutach względnie trzymała się szczelnie, lecz w ataku nie byliśmy w stanie stworzyć większego zagrożenia. Wyjątkiem było kilka długich piłek posłanych za linię obrony rywali, co jednak nie przyniosło realnego zagrożenia dla nich, a dla nas korzyści bramkowej.

W połowie pierwszej tercji drużyna z Zakopanego przeprowadziła składną akcję naszym lewym skrzydłem. Piłka posłana wzdłuż naszego pola bramkowego minęła dwóch z naszych zawodników lecz zawodnik rywali ofiarnym wślizgiem wpakował piłkę do bramki.


Jeszcze przed przerwą niemal bliźniaczą akcję przeprowadzili gospodarze. Z identycznym przebiegiem, błędem w naszym kryciu, a w konsekwencji również golem.

W drugiej tercji postanowiliśmy podejść nieco wyżej do rywala. Pierwsze kilka akcji nie przyniosło jednak skutku, a w szczególności szwankowała celność strzałów. Rywale co jakiś czas „odwdzięczali się” nam kolejnymi kontratakami. Po jednym z nich popełniliśmy indywidualny błąd przy wyprowadzeniu piłki, co zaowocowało rzutem wolnym dla rywali. Ten bardzo dobrze wykonany zaskoczył naszego bramkarza i było już 3-0.


Trener kilkukrotnie zastosował rotację w personaliach. Mecz stał się bardziej otwarty, co przyniosło bramkę dla Fairantu. Jej autorem niemal do pustej bramki rywali stał się Karol Piwoński. Bramka jednak została bezsprzecznie anulowana z uwagi na tak wyraźną pozycję spaloną, że podobno dostrzegli to nawet anonimowi informatorzy ze szczytu Kasprowego Wierchu.

To jednak nie zdeprymowało Fairantu, który co raz lepiej zaczął wyglądać w ofensywie. Zwłaszcza trójka: Miszczyk, Piwoński i Lech inicjowała zaczepne akcje.

Jedna z nich, tym razem absolutnie zgodna z przepisami zaowocowała bramką. Znów Karol Piwoński – honor Fairantu uratowany.

To zmobilizowało Zakopane do dalszej gry i w trzeciej tercji ruszyli ponownych ataków. Znów błąd indywidualny na skraju pola karnego spowodował, że napastnik rywali stanął przed doskonałą sytuacją. Strzał pod poprzeczkę dał czwartą bramkę gospodarzom.

Od tego momentu dzień zaczął dobiegać końca i robiło się co raz ciemniej. Nie wiem czy ma to związek z tym, ale wówczas Fairant znów zaczął śmielej atakować. W jednej z końcowych sytuacji meczu Karol Piwoński wykorzystał ponownie dogodną sytuację i ustalił wynik spotkania na 4-2.

Rywal okazał się być lepszym niż spodziewaliśmy się. Niestety wszystkie stracone bramki przebiegły według dwóch scenariuszy: błędów w kryciu i błędach w wyprowadzeniu piłki. W dalszym ciągu widać w ataku absencje Maćka Pacholca, które wnosi niebywałą wartość na skrzydle. W dodatku ciągle poprawy wymagają gra w środku pola, a także gra przed polem karnym rywala.

Nie zagraliśmy złego meczu, a wręcz całkiem przyzwoity jak ostatnie sparingi. Zachowujemy spokój, nie wyciągamy pochopnych wniosków. Tym bardziej, że w żadnym sparingu nie zagraliśmy w optymalnym składzie personalnym. Patrząc na sytuację w jakiej byliśmy równo rok temu – nie można wykluczyć, że wciąż staniemy się postrachem rywali na wiosnę. W innym wypadku pozostaniemy postrachem barmanów, a to też sztuka 🙂