Bez przepychu

Autor: Marcin Giza

W przedostatnim meczu rundy jesiennej, na boisku TS Tramwaj, naprzeciw wojowników trenera Kafla stanęła Pychowianka Kraków. Po raz kolejny mimo meczu wyjazdowego, zdecydowana większość kibiców przywdziała czarno zielone barwy Fairanta. 26 bramkek strzelonych w ostatnich 3 spotkaniach rozbudziło wśród fanów apetyt na kolejny pogrom.

Ci z kibiców którzy bacznie śledzą tabele wiedzieli jednak, że Pychowianka mimo miejsca w dolnej części tabeli traci w tym sezonie niewiele bramek. Do meczu z SFF tylko 3 drużyny naszej grupy miały lepszy bilans w obronie. Niestety słaba skuteczność pod bramkami przeciwnika nie pozwala temu zespołowi wspiąć się wyżej w tabeli B klasy.

W sobotnim meczu trener SFF wrócił do znanego z początku sezonu ustawienia z jednym napastnikiem. Zaskoczył on jednak kibiców wystawiając na tej pozycji od pierwszej minuty Karola Piwońskiego. Z pewnością nie bez znaczenia była świetna postawa KP9 w meczu poprzedniej kolejki (3 bramki w meczu z Gromem).

Mimo padającego deszczu, murawa na boisku TS Tramwaj była w dobrym jak na te porę roku stanie, pozwalając SFF na kombinacyjną grę. Na szczególne wyróżnienie w pierwszej połowie zasługiwał wybrany ostatecznie najlepszym graczem meczu Paweł Nawrocki. Efektowne przerzuty w jego wykonaniu, wędrowały raz po raz do wahadłowych Pacholca i Jarosińskiego, którzy starali się wchodzić w drybling a następnie szukać KP9 w polu karnym. Po jednym z takich zagrań, około 20 minuty po rozpoczęciu, wysunięty napastnik Fairanta w bardzo dobrej sytuacji strzelił obok bramki. Na usprawiedliwienie należy dodać, że nieco za bardzo do przodu zagraną piłkę łapał na wślizgu.

Na kolejną szanse nie trzeba było długo czekać. Kilka minut później Piwoński po prostopadłym podaniu, kładzie na ziemię bramkarza, lekko wyganiając się do lewej strony. Mając pustą bramkę, oraz piłkę na lewej nodze wykonuje klasycznego taś tasia niedolota którego ostatni obrońca wybija sprzed linii bramkowej.

Gospodarze odpowiadali kontratakami, jednak dobrze ustawiony blok obronny raz po raz łapał napastnika Pycho na spalonym.

Jednak nawet dobrze dysponowana obrona popełnia błędy. Jeszcze przed przerwą po jednym z kontraktów gospodarzy, Jurek Wszołek wybrał się na nieudaną wycieczkę na przedpole. Piłka minęła naszego bramkarza, ale napastnik gości naciskany przez powracających obrońców nie zdołał oddać precyzyjnego strzału z powietrza na opuszczoną przez Jurasa bramkę.

Po niezłej pierwszej połowie, z wyraźną przewagą w posiadaniu piłki 0:0. Można było w tym momencie zacytować klasyka ,,Stefan, to nie są żadne leszcze”.

Na drugą połowę w obliczu nieskuteczności Karola na szpicę wrócił najlepszy strzelec tej rundy BB44. Niedawno prezes Szarek wyliczył, że najwięcej bramek zdobywamy w pierwszym kwadransie po przerwie. Nie inaczej było tym razem, po kilku próbach wejścia w pole karne z bocznego sektora, któraś z kolei zakończyła się faulem w polu karnym. Jak każdy Fairantowicz wie – faul w polu karnym to na 99,9 procent faul na BB44. Mając na uwadze 2 ostatnie rzuty karne Nawrockiego lądujące na słupku, do piłki tym razem poszedł kapitan Pacholec. Strzelec wyczekał do końca na ruch bramkarza i delikatnym strzałem w lewy dolny róg zdobył bramkę. Mimo objęcia prowadzenia Fairant nadal starał się grać piłką i dążył do podwyższenia wyniku.

Gospodarze zaś liczyli na kontry, oraz całkiem groźne stałe fragmenty po których kilkukrotnie serce fanów SF zabiło mocniej. Mimo prób z obu stron, żadna z drużyn nie stworzyła już żadnej bardzo klarownej sytuacji, wynik nie uległ zmianie i skromne 1:0 wystarczyło by po raz 10 w tym sezonie odśpiewać ,,Hej Fairanciku, znów trzy punkty na liczniku”. Tym zwycięstwym SFF zapewnił sobie foteli lidera po rundzie jesiennej.